LiteratKa

Z piórem i bez pióra. Zależy czy wena, czy dziura

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!


On chyba od zawsze był ojcem. W pieluchach już biegał jako przyszły tata, tylko wtedy jeszcze nie do końca tacierzyństwa świadom. Ale w takim przedszkolu na przykład to mu instynkt na pewno kiełkował. Samochody owszem, rajcowały go jako chłopca, ale lalki traktował po tacierzyńsku. Koledzy to na kobiety spoglądali swego czasu niemrawo. Brzydził ich ten gatunek. Wspólne zabawy? Totalna abstrakcja, a nawet obelga. Jak dziewczyna chciała postrzelać z procy, albo nie daj Boże wóz strażacki dotknąć to się popatrzyli jak na przyszłego trupa i niedoszłe zwłoki pobiegły do lalki – zabawki wskazanej. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że wspólne zabawy międzypłciowe będą w przyszłości bardzo pożądane. Ale on jakby już coś wiedział, jakby przeczuwał, iż to przecież tak być nie może.. Że kobieta to co prawda odmienny gatunek, ale tolerować go trzeba, bo a nuż się przyda (tylko wtedy jeszcze nie wiedział do czego). I ta dwudziestolatka co tę historię tworzy nie potrafi wyjaśnić tej zdolności przewidywania. Było to więc zjawisko dość dziwne, ale w tamtym świecie prawdziwe. No i on z tą wiedzą próbował coś robić. W przedszkolu wcześniej wspomnianym bawił się w dom. Marysia – sześcioletnia złotowłosa z drygiem do feminizmu, wybrała czarną lalkę bez oka. Panie Ciocie taką zabawkę zostawiły, bo uznały, że coś takiego może uczyć tolerancji. No i ta murzyńska kaleka „urodzona” przez Marysię stała się ich dzieckiem.
Marysia jako matka sprawdzała się nie najlepiej. Szybko się irytowała i wiecznie gubiła atrybuty niezbędne. Niemowlę co prawda nie miało oka, ale baterie działały bardzo sprawnie. Zabawkę skonstruowano inteligentnie, można wręcz rzec „życiowo”. Płacz ustępował po włożeniu plastikowego smoczka do równie plastikowej mordki. Woda z butelki automatycznie znajdowała się w różowym nocniku. Kolor mało murzyński, ale należy pamiętać, że toaleta była wspólna dla wszystkich zabawek. Kiedy Marysia traciła cierpliwość, pięcioletni tatuś karmił synka zasłużonym spokojem. Znalazł smoczek i oprogramowanie nakazało murzynkowi opanowanie. Marysię ta cisza jeszcze bardziej zirytowała. Bo jak to, to ona miała być lepsza w tej zabawie. Po to wzięła sobie chłopca żeby mu udowodnić, że on to z rozumnością i troską ma niewiele wspólnego. I tu też dwudziestolatka ręce załamuje, bo nie wie skąd w tak małej dziewczynce tyle kobiecego jadu. A tymczasem on się Matką Teresą w spodniach okazał. Maryśka nie mogła tak tego zostawić. Wyrwała mu murzynka z rąk, podeszła do swojego schludnego biurka, które według zasady milou powinno świadczyć o jej umysłowym uporządkowaniu, wysypała wszystko z piórnika, a potem nożyczkami zabiła murzynka. Teraz już dzidziuś nie tylko oka nie miał, ale także waty. Na dnie puchu Marysia znalazła to czego szukała – baterię, źródło wszelkich nieszczęść. Ojciec stał i nie reagował. Szok paraliżujący go ogarnął. Myślał potem, że mógł podejść, że przecież ta wata to wcale nie musiała być na zewnątrz. Że mógł jej wyrwać te nożyczki, wrzasnąć: „Ej, czy ciebie już całkiem coś się stało w ten zakuty łeb, przecież dziecko zabijesz.” Nie zdążył. Marysia podeszła do niego z resztkami dziecka i wepchnęła mu go do rąk razem z nożyczkami. Potem wybiegła zapłakana. Wówczas pomyślał, że zrozumiała, że teraz to już tylko płacz i lament jej pozostał. Ale nie, to nie o to chodziło. Marysia wróciła ze łzami w oczach, czerwona jak spieczone raki i tłumaczy Pani Cioci, już przy ojcu i zmarłym dziecku, że doszło do karkołomnego zabójstwa. I, że jak to tak ojciec mógł nożyczkami własnego syna urządzić.
Tagi: )
06.05.2016 o godz. 18:55

Ale nic się nie zaczyna, bo kobiety już nie ma, on też jakby zniknął z wcześniejszej powierzchni, teraz w innej szuka zajęcia. Czasem chciałby istnieć trochę dłużej, ale znów ta rozchełstana dwudziestolatka wariata z niego robi nieokrzesanego, co to wszędzie widzi krew i trupy.

Kiedyś pojechał do szpitala. Dość łatwo tam trafił, bo ulicę od szpitala Szpitalną nazwali, a ta była tuż obok Ogrodowej. Na Ogrodowej co prawda nie było ani jednego ogrodu, ponieważ to miasto nowoczesne, z blokami zamiast trawy. No więc udał się na tą Szpitalną, o drzwi szklane się odbił, chociaż tak naprawdę o tę modernistyczność obecną w blokach.
Potarł czoło wolną ręką i w duchu przeklinał architekta, co to cudo w postaci przezroczystych drzwi wymyślił. Wita się grzecznie z recepcjonistką(Dzień dobry – dzień dobrywczymmogępomóc), to pytanie bardziej z kategorii tych automatycznych, nie empatycznych.
- Ja do żony, ona rodzić będzie niedługo.
- Nazwisko. – nie pyta, nie prosi, stwierdza. Jest żona, musi być nazwisko. „Sandra Martykca” napisali jej na plakietce. Recepcjonistce, nie żonie.
Nagle rozmowa się urywa, bo zauważył większy autorytet w lekarzu. Doktor już idzie taki wesoły, ego mu napuchło, teraz się turla i zmiata wszystkich słabeuszy bez magistrów, z doktorami jedynie w przychodni.
- Panie doktorze, moja żona..
Lekarz jakby od niechcenia spogląda pytającym wzrokiem, namawia do szybkiego rozwinięcia, bo kawa stygnie, oddziałowa już z ciachem czeka.. na Ciacho.
- Rodzić będzie.
I tutaj doktorek już nie zniecierpliwiony, a zirytowany się zdaje.
- Może już zaczęła? Kludnicka…

Zaczęła czterdzieści osiem godzin i szesnaście minut później. W tym czasie zdążył zrobić wszystko, czego nie zdołał wykonać przez 48 lat. Chociaż bardziej realistycznie brzmią miesiące.
Dookoła biegali ludzie, którzy swoją płeć schowali za miętowymi płaszczami. Mówili do siebie bezosobowo z apodyktycznością i paniką w głosie. Zmierzali w różnych kierunkach, ale zawsze wracali do jednego punktu. Do miejsca, gdzie czekała na nich kobieta.
Dama piękna i zadbana. Ceniła dobre perfumy, ale z uwagi na nieliczne dobra materialne zadowalała się tymi przeciętnymi.
Siedział tuż obok. Chciał tu być i wyjść. Nie wiedział, którego „chcę” powinien posłuchać. Ojcowska schizofrenia – głosy bezpłciowców i jej krzyk. „Aaaa, boli coś Ty mi zrobił…” i z taką nienawiścią na niego patrzyła. Chciała tego bólu rozrywającego trochę współtwórcy przekazać. Wbiła mu paznokcie w dłoń, a potem wędrowała nimi rysując krwawy szlaczek. „Ty kurwiszonie, po co ja ci pozwoliłam, trzeba było pas cnoty założyć, co ja teraz mam zrobić, aaaaa”. Tyn razem nie paznokci użyła, a całej pięści. Pogwałciła nim tego siniaka, co to się narodził po spotkaniu ze współczesnością.
Nie wiedział co powiedzieć, krzyczeć nie zamierzał. Poza tym racji trochę w tym było. Ale jakby nie dała to by nie wziął, prosta zasada. Cukierek sam się rozwinął, on nawet sreberka nie dotknął.

- Może lepiej pan wyjdzie? Zawołamy, jak będzie po wszystkim. – zapytał bezpłciowiec przypominający kobietę, z autentycznym współczuciem.
- Nie, nie, ja poczekam. – odparł, niefortunnie udając stoicki spokój.
Teraz na siebie się uwzięła. Włosy chciała sobie wszystkie wyrwać. Pewnie pomyślała, że łysej już nie weźmie, nawet gdyby sama prosiła Potem klon troskliwego bezpłciowca wbił rodzącej igłę z serum chwilowego ukojenia. Z czasem wrzask zmienił się w pisk. Mały różowy człowieczek poskromił matkę swoim niepokojem. Ledwie przyszedł, już mu się nie podobało. Pewnie... Taka macica to nie najgorsze mieszkanie. Płacić nie trzeba, wyżywienie za darmo – All Inclusive. Tylko człowiek klaustrofobii może dostać. Nie mniej stanowczy, nowy Polak dosadnie zwerbalizował swoje veto.
Tagi: )
29.04.2016 o godz. 23:14

Nigdy nie jadł kabanosa przed zamoczeniem go w gruszkowym kompocie. Przypadłość równie ekscytująca co nieznana. Nigdy też nie wyobrażał sobie, że jest jedynym żywym pasażerem w tramwaju. Nigdy nie było obok niego rozebranych z życia szkieletów. Nigdy żaden tramwaj nie jechał bezustannie. Pasażerowie zawsze wchodzili na jednym przystanku, wyjmowali słuchawki, czytali książkę. Przygotowywali się do długiej podróży, a minutę później wysiadali. Emerytowana siatkarka trzyma por między nogami i wbija w przypadkowego człowieka mentalny nóż. Przecięty pasażer, najczęściej młody kaja się, przeprasza że w ogóle usiadł. Przecież mógł się domyślić, że za chwilę wsiądzie przeforsowana siatkarka po szwedzkim maratonie w polskim markecie. Że za chwilę przyjdzie baba, która jeszcze pięć minut temu biegła po ostatniego pomidora z przeceny, a teraz już jest emerytowana, już nie gra żadnego meczu. On siedział na tramwajowym tronie, a ona tak patrzyła i zabijała, a on jej na złość nadal żył siedząc. Wokół węże ludzkich rąk wiły się wokół poręczy. Gdyby miał więcej czasu obliczyłby dostępny metr kwadratowy, ale był z tych co wchodzą na pierwszym przystanku żeby wysiąść na drugim. Wychodzi. Mur polskich obcych przeklina w duchu wszystkich kierowców, którym zielone światło nie pozwala stać. A on nie przeklina, on zabija. Ten samochód jedzie. Bez niego. Ciach. Nie ma. Dachowanie. Szyba pęka. Dziecko wypada z fotelika. Krew na policzku potencjalnego ojca. Tamto auto też gdzieś mknie. Nie ma. Kierowca nie zauważył słupa telegraficznego. I nagle już wszyscy żyją. Może iść. Teraz oni stoją. Teraz on nie żyje. Blondynka wbija mu pilniczek, którym wcześniej piłowała paznokcie. Prosto w oko. I już nie może iść. A ona nie może jechać.
- Dzień dobry, czy mogę skorzystać z usług?
Choć dzień nie jest dobry, ale „Dzień zwyczajny” to niesformalizowane przywitanie. Zdjęła okulary, wbiła sobie dwa palce do oczu i stwierdziła, że owszem usługa zostanie wykonana. Nie, nie ucieszył się. Po prostu się nie zasmucił, to wystarczy..
- Proszę zdjąć kurtkę, duszno tutaj. – poleciła jedna z wielu kobiet, które widział w życiu. Uznał prośbę za wstępne ceregiele i postanowił, że będzie mu gorąco. Nie zdejmie tej kurtki, choćby spijał z siebie pot. Nie zdejmie tej kurtki, choćby przystawiono by mu karabin do głowy. Nie zdejmie. Buntuje się w ten sposób przeciw wypracowanym i opłacalnym przywitaniom.
- Naprawdę jest gorąco. – nalegała kobieta, widząc że jej skuteczna prośba tym razem okazała się zawodna.
- Tak. Zacznijmy.

Tagi: :)
08.04.2016 o godz. 22:52
„Nie jestem wolny, czuję się więźniem. Zamknięty w celi sfrustrowanej dwudziestolatki, która tchnęła we mnie życie. Niepokalane poczęcie. Z obcego, młodego umysłu wylał się białawy płyn, przepełniony plemnikami. Nie planowała mnie, po prostu się pojawiłem. Jako skonstruowany wytwór młodzieńczej wyobraźni, śmiem twierdzić, że wyswobodziłem ją z literackiego marazmu. W końcu poczuła dreszczyk podniecenia. Obudziła się sześćset minut przed budzikiem. Automatycznie włączyła komputer, nie wiedząc do końca czy przypadkiem jeszcze nie śpi. A potem powstałem. Fizycznie nigdy nie byłem niemowlęciem. Urodziłem się jako podminowany i nieszczęśliwy czterdziestolatek. Owszem, moja wyimaginowana rodzicielka wymyśliła mi prawdziwych rodziców. Przybliżyła kilkanaście tkliwych scen z dzieciństwa, przeplatając je z tymi teraźniejszymi. Wpajała we mnie ból zęba, alkoholizm i tęsknotę za dziećmi. Jestem laleczką Voodo, ale chyba jednak wyjątkową. Bowiem żadna laleczka Voodo nie zdaje sobie sprawy ze swojego jestestwa. A jeśli sobie zdaje to nie jestem takim ewenementem. Jestem szczęśliwy na rozkaz, zależny od nastroju mojego bożka.
„Mam świetny humor, niech mój bohater też będzie szczęśliwy” „Mam świetny humor, niech dla odmiany złamie nogę i trochę popłacze. Albo niech złamie nogę, a i tak będzie szczęśliwy, bo przecież ludzie mogą być szczęśliwi ze złamaną nogą.”
„Moje życie nie ma sensu, mój bohater też musi dojść do tego wniosku. Niech połknie całą dawkę leków na przeziębienie i popije rumem. Albo nie… DELETE. Albo niech połknie i zmusi się do wymiotów, w końcu muszę być konsekwentna.”
„Moje życie nie ma sensu, ale mój bohater musi być szczęśliwy, nie mogę krzywdzić mojego dziecka. Chociaż dziecko wyczuwa, gdy matka jest nieszczęśliwa.”
Za kierownicą przypominał cywilizowanego człowieka o niezidentyfikowanej narodowości. Postanowił, że pojedzie przed siebie. Nie zabrał zegarka, ani telefonu. Brak pozornie najistotniejszych atrybutów nie był jednak spowodowany przedwczesną demencją. On po prostu nie miał o czym zapomnieć. Jego zegarek był użyteczny tylko dwa razy w ciągu doby. Obie wskazówki zatrzymały się na srebrnej dwójce. A ta cienka szpileczka, którą potocznie nazwał „sekundką” próbowała zgwałcić trójkę.
Mijał rozświetlone sklepy i zdesperowanych autostopowiczów. Chciał nawet zlitować się nad jednym, ale od razu przypomniał sobie film, w którym niepozorny, młody człowiek wyrysował na gardle kierowcy krwawy uśmiech.
Nagle, na drodze pojawił się pies. Usłyszał donośny klakson, ale nie zbiegł z drogi. Czekał na blask reflektorów, których następstwem była pewna śmierć. Język przypominał wypełniony schowek na papier toaletowy. Pociągnij – on nigdy się nie kończy. Pies operował ogonem jak natchniony malarz. Dyszenie – ryk silnika. Ryk silnika-dyszenie-klakson.
On nie skręcił w rów, próbował to tłumaczyć koniecznością, nie cynizmem. Przecież go ostrzegał, wciskał klakson, do teraz ma odciski..
A potem tylko jezdnia przyozdobiona psią sierścią. Wysunięty język, którego nie ma już sensu ciągnąć. Skończył się. Pies, który tak naprawdę był bezpańską suką patrzy martwym wzrokiem na krawężnik. Za kilka dni doprowadzi do płaczu wrażliwe dziecko. „Mamo, mamo, piesek…” A mama nie patrząc na czteronożnego trupa, odpowie że teraz pieskowi na pewno jest dobrze wśród aniołków.
Nie zatrzymał się. Jechał dalej. To tylko obca suka, nigdy nie żałował suk, zwłaszcza obcych. Postanowił, że nie będzie się zadręczał przypadkowym morderstwem. Może gdyby zabił kobietę przejąłby się bardziej. Wcześniej zatrzymałby się i sprawdził, czy kurs pierwszej pomocy faktycznie się przydał. Wykładowczyni miała niesamowity głos, który był niewiele gorszy od dwumetrowych nóg. Pamiętał dokładnie jak mówiła, z mniejszą skrupulatnością przyswoił sens wypowiadanych słów. Ale zabił sukę, nie kobietę. Albo psa. Nie, nie zabił. Przejechał. Zwierząt się nie zabija, zwierzęta się przejeżdża. Same są sobie winne. Albo winni są ludzie, którzy nie utworzyli sygnałów świetlnych dla czworonożnych dupków. Nie będzie się tym dłużej przejmował. – Tak postanowił.
Zagłuszając myśli utworzył samochodowy cover starego hitu z lat osiemdziesiątych. Już chciał wykrzyczeć ostatnią frazę refrenu, gdy nagle usłyszał znajomy głos.
- Jego też zabiłeś? Ilu jeszcze? Ja to za mało? No? Co tak patrzysz? A, no tak, nie wierzysz w reinkarnację.
Ku swojemu zdumieniu zobaczył Ją. Nie, nie widział. Usłyszał ją tylko. Głos wydobywał się z siedzenia pasażera, na którym wkrótce pojawił się pies. Ten sam, który powinien patrzeć martwym wzrokiem na krawężnik. Ten sam, który doprowadzi do płaczu małą dziewczynkę… Ale on siedział tuż obok, a jedynym śladem po śmiertelnym wypadku był zygzak pod prawym ślepiem. Z rany wydobywała się od czasu do czasu kropla krwi, co dawało wrażenie krwawej, autentycznej rozpaczy. Podobno niektórzy ludzie płaczą krwią, ale nigdy się nie zdarzyło żeby zmartwychwstały pies mówił głosem zmarłej kobiety. Takie rzeczy się nie zdarzają, a jeśli zdarzają to warto omówić wizję ze swoim terapeutą, najlepiej w kaftanie bezpieczeństwa.
- Odejdź, nie ma cię, nie widzę cię!
I nagle błysk. Ciężarówka z nielegalnym towarem przykleja się do niebieskiego forda, w którym siedzi szaleniec i jego wizja. Pies nie ucierpiał, co więcej zyskał nowy pokarm. Już dawno nie jadł tak soczystego mięsa.”

Tagi: horror pies wizje
14.02.2016 o godz. 22:04

Prolog

Nie chcę już wybaczać. Moje miłosierdzie jest obecnie mniejsze od młodej mrówki, chociaż może między młodą, a starą nie ma żadnej różnicy… Nikt mnie nie słucha, nikt nie próbuje usłyszeć. Każdy widzi to, co jest dla niego wygodne. Kiedyś czekałem na akty skruchy, teraz czekam na parodię wyrzutów sumienia. Babcie pokazują wnukom drogę do kościoła. I idą razem na mszę w niedzielę, bo ktoś wymyślił, że będę wtedy zadowolony. A po kościele te same babcie, już bez wnucząt siadają przy nakrytym stole i komentują rzekomą pobożność rozwódki, która niefortunnie dobiera strój do okazji. Bo mnie na ołtarzu nie widzą, widzą tylko te kobiety klękające z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie mogę już patrzeć na adwokatów. Dałem im dar retoryki, mądrość, umiejętne korzystanie z nabytej wiedzy. Znają zasady wywierania wpływu i dzięki temu zaskarbiają sobie dusze żony i kolejnych kochanek. Nie potrafię znieść głosu więźniów, których okrywa skorupa żałości. Cierpią, bo ich przyłapano.
Prawie wszyscy dobrzy ludzie popełnili samobójstwa, ale chętnie wpuściłem ich do siebie. Popełnili grzech, ale zrobili to dlatego ponieważ mieli dość życia w grzechu. Dobrzy ludzie, którzy jeszcze żyją, cały czas mają nadzieję. Ich chciałbym oszczędzić.

1.
Zamknęła oczy, kiedy zrozumiała że już nigdy nie będzie mogła ich otworzyć. Teraz leżała, a ktoś z zaawansowaną wadą wzroku mógłby przypuszczać, że jest jedną, wielką, czerwoną plamą. Obok stała głowa przymocowana do piasku. Właściciel głowy, gdy jeszcze ją miał nie zamknął oczu. Dlatego teraz łeb spoglądał na swoich sąsiadów pozostawionych w różnych formach. Prawy policzek był prawie nieskazany, za to lewy leżał obok innej głowy, kilka metrów dalej. Niedaleko zmasakrowanego lica spoczywała ręka, mniej zniszczona za to mimo odosobnienia zbulwersowana – pokazywała uniwersalny gest nienawiści wystawiając środkowy palec. Pewnie zrobiła to przypadkiem. Albo ówczesny, świadomy wszystkiego właściciel żegnał się w ten sposób ze światem. Była także nierozdzielona matka, której kataklizm nie rozdzielił nawet z dzieckiem. Maleńki bobasek mógłby pożyczyć opaskę pirata, ale dla trupa brak jednego oka to znikomy problem. Dla trupa żaden defekt nie jest istotny.
Przez tenże turpistyczny slalom przechadzał się zdezorientowany człowiek, który przeżył.
Tagi: :)
03.01.2016 o godz. 22:24

Siedział. Nie miał laptopa. Nie miał komórki. Nie miał nawet poplątanych słuchawek, które przestaną działać zanim ktoś je rozplącze. Ale ktoś będzie je rozplątywał póki nie będą rozplątane, bo nie będzie wiedział, że one już nie działają. Siedział. Pił kawę i patrzył w okno jak psychopata. Może nie patrzyłby tak, gdyby miał telefon albo chociaż książkę. Ale nie miał telefonu, książki też nie miał. Więc patrzył na to, czego nie musiał przynosić. Okno już było. Ta sama rama, szyba ta sama. Tylko za oknem jakby obrazy inne. Raz dziewczynka z kartką żebraczą o chleb prosi, bo jej ojciec pracę stracił razem ze wzrokiem. Chociaż wpierw wzrok właśnie stracił. I może nawet jedno wyniknęło z drugiego. Albo drugie z pierwszego. Matka dziewczynki z góry kibicuje. W Wigilię siedzi na krześle dla niespodziewanego gościa, którego nikt by nie wpuścił gdyby już się pojawił. Siedzi, ale nie bierze opłatka. Istnieje zasada, że dla duchów opłatek jest zabroniony. Innym razem pani całuje pana. Potem pójdą do niego zaangażować się w siebie bardziej. Pięć miesięcy później wezmą ślub, przekonani o swoim szczęściu. Że to właśnie na siebie trafili, nie na kogoś innego. Potem on straci jedyną pracę jaką kiedykolwiek dostał. Zacznie szukać innego fachu, ale go nie znajdzie. Znajdzie za to sklep, a w nim alkohol. A w alkoholu pocieszenie. Ona powie, że tak nie można, a on jej powie, że jednak można. Powie jej to pięścią, bo bełkot bywa niezrozumiały. Potem się rozstaną. On nie będzie musiał pracować. Opieka społeczna da mu pieniądze na życie, bo udowodni swoją chorobę patologiczną. Kobieta jako ofiara przemocy domowej nie jest alkoholiczką, więc powinna sobie radzić sama. Potem pozna dobrego człowieka, ale o jego dobroci się nie przekona, bo oskarży go o kłamliwość i jeszcze nie ujawniający się alkoholizm. Dobry człowiek ułoży sobie życie z inną kobietą. Inna kobieta uzna, że ta dobroć to niezaradność, a poza tym po co jej dobroć w życiu skoro nie przekłada się na dobroć w łóżku. Takową dobroć znajdzie u sąsiada. Sąsiad swoją dobrocią zaraził prostytutkę, a ona w podzięce zaraziła go wirusem Hiv.
Wstał. Wyszedł. Nie musiał pakować laptopa. Nie wpadł panikę, że może ktoś mu ukradł telefon. Nie udawał mężczyzny z urojoną wysypką, który łapie się po całym ciele szukając kieszeni, a w kieszeni telefonu. Nie zapłacił za kawę, bo wypił tylko łyk, a kto by za łyk płacił, skoro cena wyliczona za filiżankę. Filiżanki nie wypił. Mógłby ją stłuc, gdyby słuchawki okrążyłyby maleńki uchwyt. Wtedy On pociągnąłby oczywiście przypadkiem i wtedy musiałby zapłacić za filiżankę. Ale teraz nie musi. Bo nie wypił filiżanki, ani jej nie stłukł.
Wybiega za nim rozhisteryzowana kelnerka, która upomina się zapłaty. Nie wie, że On wypił tylko łyk. Nie reaguje. Nie będzie jej tłumaczył, dlaczego tylko ten jeden łyk wypił. Ignoruje. Idzie do kiosku. Kupi papierosy. Nie pali, ale kupi. Może zacznie palić. Może pewnego dnia pomyśli, że warto się truć powoli i bezboleśnie. Pani w kiosku zawiedziona, że wita kolejnego klienta. Jest tu tylko na zastępstwo, nie zależy jej na utargu. Na mężu jej zależy. Mężu przyjaciółki, który angażuje się w związek, który zalegalizował.
- Co podać? – pyta głosem skrzekliwym.
- Papierosy proszę, najdroższe.
Pani z kiosku przez chwilę jest niewidoczna. Zginęła gdzieś w kącie z papierosami. Wreszcie wyłania się razem z paczką.
-12.50 – mówi. Chociaż prawdziwa cena o dwa złote mniejsza, ale on o tym nie wie, bo to jego papierosowy debiut.
Na pudełku informacja, że nikotyna grozi impotencją. Antyreklama, która nie działa bo ludzie są uzależnieni albo chcą się zaprzyjaźnić z uzależnionymi i wtedy potencjalna impotencja jest abstrakcyjna.
- A nie ma pani tych z rakiem? – pyta On, bo rak bezpieczniejszy od impotencji, mimo wszystko.
Tagi: :)
29.12.2015 o godz. 02:15

Choinka uginała się pod ciężarem pstrokatych łańcuchów i kolorowych bombek. Cierpliwie czekała na koniec corocznych eskapad, od czasu do czasu chwiejąc się delikatnie.
- Tato, a gwiazda? Czemu nie ma gwiazdy? – chłopiec z nieudaną karykaturą Spidermena na swetrze wyjął z prawie opustoszałego pudełka imitację gwiazdy betlejemskiej.
Ojciec lub mężczyzna, który pozwalał się tak nazywać niekoniecznie ze względu na więzy krwi, uderzył pięścią w czoło po czym spojrzał na chłopca jak gdyby ten uratował mu życie.
- Jak mogłem zapomnieć o gwieździe? Masz głowę na karku, synu! – uniósł malca, a ten z nieukrywaną satysfakcją dodał na choinkę ostatnią ozdobę.
- Tato, a czy Mikołaj na pewno do nas dotrze? – zapytał chłopiec, gdy ojciec przestał dodawać mu wzrostu.
- Dlaczego miałby nie dotrzeć?
- Ostatnio nie przyszedł.
Mężczyzna ucieszył się kiedy do pokoju weszła żona. Nie wiedział co odpowiedzieć, prawda byłaby zbyt.. bolesna? Pytanie tylko dla kogo bardziej. Dla niego, czy dla dziecka. „Już nigdy więcej takich świąt, nigdy więcej takiego życia! Nie mogę robić tego swojej rodzinie. Już jestem zdrowy, już mnie nie ciągnie.”
Ostatnio w barze był dokładnie rok temu. Nie planował tego dnia pić. Chciał tylko wyjść zapalić. Zapaliłby w domu, ale Szymek się dusił, firanki żółkły, a Gosia patrzyła jak na zbrodniarza. Chociaż może patrzyła tak, bo już zaczynała się bać.
Wyszedł, wyjął ostatniego papierosa, podpalił truciznę i spokojnie obserwował dzieci sąsiadów, które ślizgały się po oblodzonym stawie. Gdyby nie Rysiek na pewno by nie wypił, nawet go nie ciągnęło. Tylko tak głupio odmówić.. Chciał wypić jednego, dla towarzystwa, ale tak dobrze się gadało. Rysiek taki życiowy bardziej, wszystko potrafi wyjaśnić, a po litrze to ma gadane jak ci z telewizora. Po jednym był drugi, po drugim trzeci, wrócił gdzieś po ósmym, chociaż pewny nie jest, bo takich rzeczy to się nie liczy. Kolację wigilijną zjadł gdy był pewien, że będzie ją mógł przetrawić. Poszedł spokojnie spać, nic się nie działo. Obudził się w stajni Augiasza. Obok niego nie było Gosi, zastąpiła ją plama zaschniętych wymiocin. Butelka z cytrynówką spała na podłodze, zasypiała jeszcze pełna, bowiem tuż obok niej pozostała przezroczysta kałuża, której zapachu nie można było pomylić z niczym innym. Gosię zobaczył po drodze do łazienki. Ktoś ją uderzył! Niech on tylko znajdzie tego… I już zaciskał pięści, gdy nagle przypomniał sobie, że nie musi nikogo szukać, bo już znalazł winowajcę. Zawstydzony wtargnął do łazienki bez słowa. Musiała go zdenerwować, inaczej by jej nie tknął. Musiała naprawdę powiedzieć coś…
Gdy czuł się trzeźwo, zupełnie nieświadomy, że resztki promili nadal w nim mieszkają, poszedł do pokoju Szymka. Ten nie przywitał go jak zawsze, nie podbiegł z wyciągniętymi rączkami. Klęczał w kącie i malował. Nie, on nie malował, on maltretował kartkę. Wypełniał brulion czarnym mazidłem, które coraz mniej przypominało kredkę. Raptem uświadomił sobie, że przecież Szymon w niczym się od niego nie różni. On też, jako mały Jureczek siedział w kącie. Siedział w kącie i wycinał kartki na drobne kawałeczki, do momentu aż mama nie wpadła do pokoju i w szał jednocześnie. On też siedział w kącie i dziurawił koszulki ojca, a potem wyrzucał na śmietnik żeby nikt nie zauważył… Jerzy wyszedł z pokoju Szymka i po raz pierwszy od wielu lat szczerze zapłakał.
Rok bez alkoholu to dla alkoholika jak trzysta sześćdziesiąt pięć dni bez wody dla normalnego człowieka. Rok pragnienia, wyrzeczeń, silnej woli i pewnego rodzaju wycieńczenia, nie fizycznej śmierci. Jednak Jerzy wiedział, że to umiera coś, co chciał żeby umarło. Widział uśmiech na twarzy Szymka, błysk szczęścia w oczach Gosi i wytrzymał. Gdy było mu szczególnie ciężko, bo puszki z piwem uśmiechały się zza regałów zapisał się do grupy Anonimowych Alkoholików. Początkowo nic nie opowiadał, dochodził nawet do wniosku, że nie jest z nim tak źle. Na spotkaniach bowiem byli bezdomni, bez pracy, bez rodziny. On to wszystko miał, alkohol mu tego nie odebrał. Jeszcze.
Dziś ubierał choinkę. Ubierał choinkę z synem, a żona przygotowywała wigilię. Niczego więcej mu nie brakowało, już nie.
- Chłopaki, choinka ubrana? To marsz do kuchni! - Gosia wrzasnęła teatralnie nie ukrywając szczęścia. Dla niej to tez było święto, podwójne.
Jerzy wyrwał się uradowany, ponownie uniósł Szymka i już chciał pójść w stronę Gosi, gdy nagle usłyszał obcy głos.
- No, no.. To już rok. Gratuluję!
- Mówiłeś coś, synu? – zapytał dzielnie ukrywając zakłopotanie. Pijackie omamy ma już za sobą, to nie ten etap.
- Nie. Dlaczego nie idziemy do mamy?
- Idziemy, idziemy.. – mężczyzna poszedł w ślady przemoczonego psa, podobnie trzęsąc głową i ponowił próbę udania się do kuchni.
- Uciekasz? Nie ma przed czym. Chciałem Ci tylko pogratulować. Rok w trzeźwości…
Znów głos. Tym razem wydawał się odleglejszy, ale przez to chyba bardziej realny.
- Poczekaj chwilę, kochanie. Biegnij do mamy, ja zaraz do was przyjdę.
Chłopiec z chęcią wykonał polecenie. Jerzy zamknął za nim drzwi i stanął na środku pokoju.
- Tutaj jestem, podejdź bliżej.
Skąd dobiegał ten głos? To niemożliwe. Nikogo poza nim tu nie było. Prześwidrował wzrokiem wyszlifowaną porcelanę, błyszczące, nieużywane od lat kieliszki, stary telewizor, który wyglądał tego dnia jak swój młodszy brat. Niczego nie zauważył.
- Zimno, zimno… Szukaj…
Nie, to absurdalne. To niemożliwe żeby choinka.. Spojrzał na drzewko, wyglądało tak samo jak wtedy, kiedy był tu jeszcze Szymon. Prawie tak samo. Jedna z bombek przybrała obcy kształt. Czerwona kula z nadmierna ilością brokatu powoli zmieniała się w coś, czego Jerzy nie potrafił określić. Głowa? Ryj? Czaszka? Z czasem kształt wydawał się coraz bardziej wyraźny, aż w końcu trzeźwy alkoholik ujrzał twarz diabła. Wystające kły, neonowe ślepia i uśmiech szczery, lecz nieprzyjazny.
- Tak, tutaj jestem. Podejdź bliżej, nie bój się. Tyle lat się znamy. Chociaż chyba mija rok od moich ostatnich odwiedzin. Nie sądzisz, że to tak nieładnie?
Jerzy złapał się za serce jak aktor grający właśnie scenę zawału.
- Kkkim Ty jesteś? Ssskąd mnie znasz?
Bombka roześmiała się głośno, Jerzy automatycznie spojrzał na drzwi. Nie chciał żeby rechot przywołał Gosię i Szymka.


Ciąg dalszy niebawem :)
Tagi: )
11.09.2015 o godz. 20:55

***

Żadnego wiersza dziś nie będzie, wyrzucam naostrzone pióro.
Nic już dziś nie usłyszycie, będzie głucho i ponuro.
Zero zabaw w poecinę, pozornie podziwianego.
Proszę tak na mnie nie patrzeć, bunt to nic nadzwyczajnego.
Dla poety bunt wręcz czasem jest wskazany,
Bo bez buntu rzadko wiersz bywa udany.
Tagi: wiersz
10.09.2015 o godz. 17:44
Studenci się cieszą albo pracują, uczniowie popadają w depresję poweekendową, a ja uciekam do świata, w którym można żyć jak się chce, wystarczy ten świat po prostu pokolorować słowami. Pytanie, czy chcielibyście żyć w takim świecie? A może wydaje się Wam, że w takim żyjecie? :) Pozdrawiam.


***
Anabelle stała przed lustrem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów patrzyła na siebie z własnej, nieprzymuszonej woli. Sukienka kamuflowała lekką nadwagę, jasny błękit doskonale współgrał z lazurem jej oczu. Fryzura też była istnym cudem. Nienaturalne loki łaskotały ramiona i błyszczały pod wpływem korytarzowej lampy. Jedynym mankamentem były okulary, których Anabelle nie mogła zdjąć ze względu na zaawansowaną wadę wzroku.
- O nie, on zaraz tu będzie! – zakomunikowała nagle swojej lustrzanej siostrze bliźniaczce. Na pokaźnej warstwie pudru pojawiły się dwa rumieńce. Anabelle ruszyła z impetem. Pośpiech przepłaciła lekkim zachwianiem, które zagwarantowały jej nowe obcasy. Dobiegła do frontowych drzwi, by zaraz potem znów wrócić do lustra. Zbliżała się do niego i oddalała. Obserwując przy tym, jak wygląda gdy jest uśmiechnięta lub zdziwiona. Kiedy znów była naturalnie nieśmiała, usłyszała dzwonek.
- To on! To on, o mamusiu!
Anabelle niezgrabnym truchtem próbowała dobiec do drzwi. Niestety próba spełza na niczym, a to wszystko za sprawą ojcowskich butów, które wyreżyserowały upadek. Kiedy dziewczyna usiadła na korytarzowej podłodze, gość wszedł do śrokda nie czekając aż ktoś go wpuści.
- Marcus, ja…
Anabelle poprawiła skrzywione okulary i ruchem zreumatyzowanej staruszki podjęła próbę powstania. Obcasy i śliski parkiet uniemożliwiły jej to zadanie. Wtem Marcus z nieudawaną trwogą w głosie zaoferował pomoc. Wyciągnął dłoń i szybko sprawił, że jego wybranka została ocalona. Czerwień na policzkach Anabelle stała się dzięki temu jeszcze bardziej intensywna.
- Dziękuję, przepraszam, ja.. te obcasy…
Marcus uciszył ją wymownym gestem dłoni i rozpoczął serię pytań, o jej samopoczucie. Po wielu zapewnieniach, że wszystko jest w porządku zaproponował wyjście. Anabelle nagięła rzeczywistość, mówiąc, iż obie nogi nie pamiętały już upadku. Prawa kostka płakała z każdym krokiem. Sukienka zakrywała nowonarodzoną opuchliznę, która dopiero zaczynała rosnąć. Dziewczyna nie mogła pozwolić sobie na okazywanie słabości. Ten bal to bylwa dnia niej ucieczka spod klosza staropanieństwa. Marcus zaprosił ją na prośbę swojej matki. Ta z kolei swoją prośbę tłumaczyła prośbą swojej przyjaciółki. Przyjaciółka natomiast mówiła, że nie poprosiłaby o nic podobnego, gdyby nie prośba jej córki. Marcus mógł iść z każdą dziewczyną. Odmówiłyby mu tylko zaobrączkowane, a i te może uległyby, gdyby miały pewność, że ich mężowie się o niczym nie dowiedzą. Anabelle nieczęsto bywała piękniejsza niż mądra, ale i mądra pozostawała dość rzadko. Prócz naiwności otaczała ją miłość i pieniądze rodziców. Ci robili wszystko, by ta wyszła za mąż przed zbliżającą się milowymi krokami czterdziestką. Sami byli już niemłodzi, a gdy wyobrażali sobie samotną i nieporadną Anabelle, serce pękało im z rozpaczy. Dziewczyna chciała szybko stać się żoną, bo to wiązało się z szybkim i szczęśliwym macierzyństwem. Kochała dzieci tak jak te kochały swoje lalki. Marzyła o takiej żywej lalce dla siebie. Pragnęła męża, który mógłby ją zdradzać, byle by nie bił jej i dziecka. Oczywiście mógłby ją przy tym kochać, ale zrozumiałaby gdyby taki warunek okazałby się zbyt wygórowany. Mimo tej całej naiwności bowiem, nie wierzyła nikomu, kto powiedział coś pochlebnego o jej urodzie. Nie robiła tego z fałszywej skromności, ale z obiektywnej i jednocześnie smutnej świadomości. I tak z bólem w kostce i nadzieją w sercu, Anabelle wędrowała na bal.
Hope spojrzała na ludzi, jak uczestnik talent-show, który czeka na werdykt.





- I jak wam się podobało? Tylko wam to czytam, nikt inny nawet nie wie, że coś piszę. Piszę o was, fajnie co?. „Historia Anabelle” to moje pierwsze opowiadanie, którego nie wyrzuciłam po tygodniu. Mam jeszcze kilka rozdziałów, ale przeczytam wam innym razem. Chyba, że nie chcecie…
Trudno powiedzieć, czy wierzyła że ją rozumieją, czy tak świetnie udawała, że tak jest. Może wyobrażała sobie podobną sytuację i wyobraźnia doprowadziła ją do szaleństwa. Bo czym innym było przesiadywanie w chlewiku i rozmawianie z ludźmi? Ci rozumieli ją doskonale, tylko nie wszyscy byli zainteresowani dziełem. Jednak każdy czuł się pozytywnie zaskoczony, że ktoś ze środowiska świń chciał w ogóle do nich mówić przyjaznym tonem.
- Szkoda, że nie możecie nic powiedzieć… Wiecie, ja nie jestem taka jak mój ojciec. Brzydzę się tym, co robi. Żeby było jasne, nie jem waszych wątróbek ani niczego takiego. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale chciałabym się z wami zaprzyjaźnić. Nawet wyobrażam sobie często, że was uwolniłam i wtedy wszystko jest w jak najlepszym porządku. To nie jest przecież tak, że jesteście po to żeby was zabijali. Pewnie tak myślicie, co? A jak macie myśleć, skoro od zawsze tak jest? Eh… Przyjdę jeszcze. Teraz muszę lecieć, bo ojciec zaraz robi obchód.

Hope schowała kartkę z rozdziałem do kieszeni i wyszła.. Nieświadoma, jak wielkie zamieszanie wprowadziła.


Tagi: )
06.09.2015 o godz. 19:39

***

Nie mam co robić – chyba się zabiję.
Oderwę głowę ciągnąc za szyję.
Kinga z osiedla dziś się rozwiodła.
Chciała się zabić, lecz się zawiodła.
Stary ogrodnik woła gdzieś w nocy - „Ludzie, ludzie, pomocy, pomocy!
Żyletka tępa, żył nie podcięła, a niech to weźmie jasna cholera!"
Jest jeszcze taka mała Marysia – kotka zgubiła, nie chce żyć dzisiaj.
Kostucha czyta ludzkie marzenia, widzi że w świecie nic się nie zmienia .
Postanowiła dziś obrażona – „pewnych morderstw za chwilę dokonam.”
Wywiesza kartkę na drzwiach sypialni – WSZYSCY SZCZĘŚLIWI DZIŚ BĘDĄ MARTWI!
Tagi: wiersz
26.08.2015 o godz. 20:43
Wróciłam po raz nie wiadomo który, tylko po to żeby powiedzieć, że wrócę jeszcze później. Korzystam z nieswojego komputera w nieswoim domu. Przepadły prawie wszystkie moje wiersze i opowiadania, bo mój twardy dysk "wypadł". Na szczęście część wydrukowałam i mam gdzieś na skrzynkach mailowych, ale chwilowo nie mogę tworzyć. To znaczy mogę(zeszyty i długopisy nie wyginęły), ale trudno będzie mi się z Wami tą twórczością podzielić.

U mnie teraz spore zawirowania i zero stabilności. Wybrałam dwa kierunki studiów: pedagogika specjalna i bibliotekoznawstwo. Nie wiem na który zdecyduję się ostatecznie. Poza tym może zdarzyć się tak, że nie będę mogła wybrać żadnego. Nie to, że mnie nie przyjmą, tylko po prostu, znów coś się wydarzy, coś co zabroni mi studiować. Strasznie się tego boję, ale cały czas mam nadzieję. Nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta, ale prawdziwe blogi, takie od serca chyba nie nastawiają się na ogrom wirtualnych fanów. Po prostu pisze się je przede wszystkim dla siebie. Czemu więc nie zwykły pamiętnik? Odpowiedź jest prosta, bo przeczyta go mama albo brat uzna go za kratkowany blok rysunkowy. Mimo to, chyba jednak każdy kto pisze blogi w internecie, liczy że ktoś to przeczyta, a może nawet się odezwie...
Napisałabym sprawozdanie co u mnie, "zasztagowała" nowe ubranie, poleciła film. Ale u mnie monotonna monotonia, a nowe ubrania kupiłam rok temu. Filmów nie oglądam, jeśli już to jakiś długo polecany. Wolę książki. Teraz przyszła pora na Witkowskiego i "Lubiewo". Autora znałam wcześniej ze skandali, a o książce dowiedziałam się dzięki przyjaciółce, która musi poznać dzieło Witkowskiego na polecenie pani magister.
Dopiero zaczęłam, ale już czuję się dziwnie. To homoseksualizm od zupełnie innej strony. Bluźniercze nawiązania do Biblii i "Dziadów". Gdzie Hrabina nawiedza jedną z głównych bohaterek/bohaterów. Właśnie, jak je nazywać? Skoro są mężczyznami, a bawią się w kobiety... To nie jest transwestytyzm, ani transseksualizm, ani żadne z tych podobnych pojęć... To jest dosłownie "zabawa w kobiety", "przeginanie się", które ekscytuje i podnieca. Homoseksualizm zza kulis, ciemnych kulis..
Mamy blaszak, czyli schronienie dla spragnionych. Mamy lujów, zdezorientowanych pijaków, którzy wolą kobiety, ale częściej są wykorzystywani przez mężczyzn. Jest też Zdzisiek/ Dżesika, salowa, która żyje w swojej urojonej "Dynastii", aż w końcu z Alexis staje się Zdziśką Ejdsówą. Michał Witkowski pisze też o sobie, przybliża sporo fikcyjnych anegdot. Przeprowadza wywiad z "ciotami". Pytanie, czy to prowokacja nastawiona na zysk, czy inteligenty, prześmiewczy autokrytycyzm? Może będę wiedziała więcej, gdy skończę to dzieło. ;) Teraz się z Wami żegnam, chyba na dłużej niż chcę.
15.05.2015 o godz. 09:11

Czasem mam tak (a raczej często), że myśl przychodzi w najmniej odpowiednim momencie. Dzisiaj przybiegła do mnie podczas kąpieli. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nic mnie nie zainspirowało.. Ani gąbka, ani szampon, ani tym bardziej zaparowane lustro. Wymyśliłam, że Strach może zabijać, może zabijać tak jak robią to mordercy, a nie w przenośni. Uznałam, że to będzie seria opowiadań, krótszych lub dłuższych. Tytuł serii to "Strach ma wielką kosę" Zobaczcie, co mam w głowie dzisiejszego wieczoru:
Urojony zgon
Promienie słońca uniemożliwiły rozegranie kolejnej rundy. Alf posępnym ruchem wstał z fotela i postanowił ułatwić sobie życie zasłaniając roletę. Przeklinał pogodę. Robił to jednak tylko w duchu, bo mama obiecała, że każde przekleństwo kosztuje dwa złote. Oczywiście skarbonka szybko się zapełniła, ale głównie dzięki ojcu. Gdy dwunastolatek podszedł do okna zapomniał przez chwilę o komputerze. Demencja zdarzała mu się zazwyczaj wtedy, kiedy przychodził czas na „nocne kino Tele 5”. Nieświadomie otworzył usta z wrażenia widząc roznegliżowaną sąsiadkę, która opalała się w swoim ogrodzie.
Aurelia nie reagowała na zarzuty dewotek. Słuchała cierpliwie o swojej bezwstydnej naturze, która rzekomo przyczyniała się do demoralizowania mężczyzn. Bigotki ubolewały nad brakiem kluczowego argumentu. Panna Aurelia wśród licznych adoratorów nie mogła znaleźć męża. Według sąsiadek staropanieństwo było jej pisane, bo „taka rozpustna baba to się do jednego nadaje”.
Młoda kobieta przydusiła leżak śniadym ciałem. Tuż obok opalał się sok, którego zaplanowany chłód nie utrzymał się nawet przez pięć minut. Naprzeciwko stała pokaźna wiśnia kusząca cieniem i dojrzałymi owocami. Aurelia dała się skusić, zerwała kilka, zrobiwszy koszyczek z dłoni wróciła na miejsce. Uszczęśliwiona usiadła na leżak i sięgnęła po jedną z wiśni. Już miała poczuć jej dojrzałość, gdy ujrzała na niej ogromną pszczołę. Odrzuciła owoc wraz z jego niepożądaną towarzyszką, wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. W momencie, gdy zdążyła się trochę uspokoić dostrzegła rój. Szybkie kroki w tył doprowadziły ją z powrotem na leżak, który tym razem nie wytrzymał próby czasu. Aurelia chciała wydostać się z połamanego siedziska, ale zdała sobie sprawę, że nie może się ruszyć. Dłonie nie mogły oderwać się od trawy, nogi utknęły pomiędzy deskami zmasakrowanego leżaka, a usta milczały mimo licznych prób krzyku. Rój w tym czasie zdążył oderwać się od drzewa i mozolnym ruchem wędrował w kierunku Aurelii. Kobieta natchniona strachem przypomniała sobie pięćdziesiąte urodziny swojej mamy. Był tort, mnóstwo gości, mama wyglądająca na czterdzieści lat… Opowiadała akurat jedną ze swoich licznych historii, zaschło jej w gardle, chwyciła po sok.. Zupełnie nieświadoma, iż to ostatni łyk w jej życiu. Pszczoła zabiła matkę, teraz chce zabić ją!
Aurelia zamknęła oczy, a gdy ponownie je otworzyła rój wydawał się większy, co więcej zaczął przybierać ludzki kształt. Przypominało to abstrakcyjną animację, zaplanowane ruchy pszczół wytworzyły kobiece biodra i piersi. Powstała głowa, z dwoma dziurami, przez które można było przy bliższym skupieniu ujrzeć skrawek domu sąsiada.
„Odejdź, czego ode mnie chcesz?” – umysł Aureli błagał o litość, ale jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jedynie z oczu popłynęło kilka łez. Rój uśmiechnął się, a brak zębów zrekompensował, ukazując inną część domu. Kobieta formowała się bezustannie. Odpowiednie ruchy pszczół zapewniły jej koronę i coś na kształt berła, chociaż może to nie było berło… Kiedy znalazła się już wystarczająco blisko Aurelii, chwyciła ja za szyję. Nie zrobiła tego jednak tak, jak robili to mordercy. Paradoksalnie uczyniła to z matczyną troską. Żądła wypuściły strużkę krwi najpierw z szyi, potem z ramion, aż w końcu Aurelia w całości stała się kiepsko ucharakteryzowanym diabłem. Uformowana kobieta ucałowała ją na pożegnanie i wróciła na drzewo w swojej pierwotnej postaci.

Adolf nie odrywał wzroku od przepięknej sąsiadki. Przyglądał się jak zrywała wiśnie. Wyobraził sobie, że obserwuje ją z perspektywy leżaka. Widzi dokładnie jej nogi, pośladki… Potem kobieta podchodzi do niego i karmi owocami, a on patrzy jej w oczy myśląc o piersiach. Może nawet nie patrzy w oczy, ale o piersiach myśli na pewno…
Kiedy wizja minęła, zobaczył jak Aurelia siedzi na zniszczonym leżaku i hipnotycznym wzrokiem obejmuje rój.
- Alf, obiad! - dwunastolatek szedł w kierunku kuchni, nie odwracając wzroku od okna.
Gdy wrócił do obserwacji, Aurelią zajmowało się dwóch sanitariuszy. Miętowe prześcieradło zmieniło kolor na śliwkowy. Krew była wszędzie. Następnego dnia cała wioska mówiła o kolejnym śmiertelnym przypadku Strachonosyntozofobii, potocznie zwanej „chorobą strachu”.


01.04.2015 o godz. 00:06
Co powiecie na kolejny fragment? Tym razem ludzkie świnie, już chyba drugi raz tutaj. Życzę wytrwałości. ;)

***
„Kochanie, pierścionka nie będzie..” „Nie mam pieniędzy”. „Wszystkie pierścionki straciłyby blask przy Tobie, nie uważasz że obejdzie się bez niego?” Ostatnia wersja wydała się młodemu knurowi zbyt naciągana. Nikt mu w nią nie uwierzy, skoro sam miał wątpliwości. Pozostał jeszcze jeden dzień – tyle przyszła żona mogła poczekać na pierścionek zaręczynowy. Klęknął przed nią wyposażony jedynie w uśmiech i dobrą wolę. Ona powiedziała, że owszem, wyjdzie za niego. Co więcej, sama chciała wkrótce się oświadczyć. Pierścionek jednak był koniecznością głównie z uwagi na społeczeństwo. Zniosłaby ewentualny brak, gdyby nie obawa przed spojrzeniami sąsiadów, którzy posądziliby ją o kłamstwo, gdyby opowiadała o przyszłym zamążpójściu. Pierścionek to jedyny dowód prawdy. Przecież nie była materialistką… Młody knur wiedział o tym, dlatego tym bardziej ubolewał, że przez niego ukochana stanie się obiektem kpin. Ta myśl wywołała spazmatyczny szloch. Nagle w jego izbie pojawiła się piękna locha przebrana za wróżkę. Łeb okryła spiczastą czapką, a zwykłą sukienkę zastąpiła kwiecistą szatą. Knur machinalnie otarł łzę, nie wiadomo jednak, czy zrobił to bardziej z zawstydzenia, czy szoku.
- Nie masz pieniędzy? Zapraszamy do nas!
Wtem nieznajoma wyjęła spod szaty różdżkę i sprawiła, że izba knura zamieniła się w bank. Na dawnym miejscu łóżka stało barczyste prosię. Posłało biedakowi szeroki uśmiech, a potem poprawił krawat, który wspaniale pasował do schludnego garnituru. Wróżka zniknęła, zamiast niej pojawiła się locha ubrana w galowy strój.
- Weź pożyczkę! Wystarczy nie tylko na pierścionek, ale nawet na zorganizowanie wesela! Nie wahaj się. To potrwa dosłownie pięć minut, pieniądze dostaniesz jeszcze dziś. – pracownik banku wypluł wyuczoną formułkę i wskazał knurowi drogę do okienka, gdzie był już obsługiwany jakiś klient. Widz nie mógł zobaczyć transakcji, ale ostatecznie przyszły małżonek wyszedł z banku rozpromieniony. Zapas gotówki wystawał mu z kieszeni. Uśmiechnął się do kamery i poszedł w nieznanym kierunku. Nagle zniknęła cała sceneria. Pojawił się bladoróżowy ekran, na którym wróżka wyczarowała numer telefonu.

Colin wyłączył telewizor i przeniósł wzrok na talerz. Jedzenie czekało cierpliwie na apetyt starca, ale zdążyło już wystygnąć. Tuż obok słabo wysmażonej wątróbki leżała codzienna dawka lekarstw. Cała rodzina była pewna, że senior funkcjonuje wyłącznie dzięki nim. Sam chory znał inną prawdę, którą nie dzielił się z innymi. Fałszywa troska sprawiła, że Colin postanowił umrzeć bez niczyjej zgody, za to z przyzwoleniem, które otrzymywał od nieświadomych podstępu członków rodziny. Lekarza szybko namówił do kłamstwa. Wystarczyło tylko oznajmić, że zna jego tajemnicę. Oczywiście Colin nigdy nie znał niczyich tajemnic, ale wykorzystał fakt, że każdy takową posiada. Wyjawienie sekretu doktora chyba mogłoby mu bardzo zaszkodzić, bo ten natychmiast zgodził się na współpracę. Oczywiście zapytał „skąd pan wie, kto panu powiedział.”, ale Colin uznał, że to najmniej istotne, i że ma lepiej nie pytać.
Starzec uśmiechnął się do opakowania i od razu posmutniał, bo przypomniał sobie, iż dawno do nikogo nie uśmiechał się równie szczerze. Wstał z fotela i zdjął ze ściany ślubną fotografię. Spojrzał na młodszą wersję siebie, a potem otarł kurz z twarzy małżonki. Następnie odwrócił zdjęcie i przypomniał sobie po co w ogóle je zdjął. Otóż rama prócz pamiątki kryła kolekcję lekarstw na nadciśnienie. Tabletki stały w szeregu przyciśnięte czerwonawym pasem. Wbrew pozorom nie było obaw, że upadną. Colin patrzył na nie przez chwilę, zanim ponownie zawiesił obraz wyszeptał ledwo słyszalnie: „dwanaście”. Kolejną kryjówką była skarbonka, o której na szczęście wszyscy poza nim zapomnieli. Nie mógł policzyć ilości tabletek, ale potrząsnął porcelanowym człowiekiem w kapeluszu i doszedł do wniosku, że jest ich dość sporo. Colin zerknął na drzwi żeby usłyszeć potencjalne kroki. Co by powiedział, gdyby ktoś zapytał go o skarbonkę? Co by powiedział, gdyby ktoś zapytał go czemu w ogóle zszedł z fotela? Na szczęście nie musiał się nad tym głębiej zastanawiać, bo niczego nie usłyszał. Tabletki czekały na knura nawet na dnie doniczki. Była to jednorazowa kryjówka, ale najbardziej skuteczna. Kto pomyślałby, że chowa tabletki pod draceną? Ilości nie sprawdził z wiadomych przyczyn, ale wiedział ile ich jest. Znał bowiem swoją codzienną porcję.
Colin wrócił na fotel i ponownie spojrzał na opakowanie, którego nie wiedzieć czemu, nie schował. Zastanawiał się, czy to z powodu demencji, czy podświadomości. Może po prostu trzeba zrobić to dziś? Nie chować po raz kolejny, ale wyjąć to co schował kiedyś? Może nie ma sensu dłużej tego planować, może po prostu trzeba to zrobić? Może nie zrobił tego do tej pory, bo jest tchórzem? O nie, nie może dłużej nim być. Umrze dzisiaj. Znajdzie go skacowana Cate i nie zwróci na niego uwagi, pomyśli że śpi. Albo w ogóle nic nie pomyśli tylko zaśnie. Phil próbowałby go obudzić, ale po wielu nieudanych próbach odszedłby. Co prawda zdenerwowany, ale szybko zapomniałby, ze w ogóle chciał porozmawiać z ojcem. Reszta rodziny zareagowałaby podobnie. No, może oprócz Hope. Nie, nie chciał żeby to ona go znalazła. Ona jedyna mogłaby naprawdę się zmartwić. Czasem myślał, że warto byłoby wytrzymać dla niej. Jednak po dłuższym zastanowieniu uznał, iż i tak niewiele mógłby jej dać.
Tabletki leżały w trzech różnych kątach pokoju. Osiem wypluł porcelanowy człowieczek, którego trucizna zniszczyła dopiero po wydostaniu się ze środka. Te schowane w ziemi, Colin zabezpieczył wcześniej foliowym woreczkiem. Wyjmowanie lekarstwa z ramy było najbardziej pracochłonne. Colin posprzątał bałagan, bał się, że narazi się na pretensję ze strony domowników. Kiedy skończył, przypomniał sobie, iż przecież umrze i nie będzie musiał niczego od nikogo wysłuchiwać. Podobna wizja bardzo go ucieszyła. Zebrał wszystkie swoje zdobycze i połykał jedna po drugiej popijając je kompotem. Mógł to zrobić szybciej, za jednym zamachem. Uznał jednak, że powolna śmierć będzie bardziej patetyczna. Po czwartej tabletce doszedł do wniosku, iż górnolotność nie jest mu potrzebna. Połknął wszystkie białe pastylki, zamknął oczy i czekał na śmierć.
26.03.2015 o godz. 21:06
I znów piszę, bo chcę zamordować kilka minut, które wprowadziłyby nudę do mojego życia. Paradoksalne jest to, że te kilku minut, które teraz zabijam, w przyszłości mogą okazać się niesamowicie potrzebne. Wówczas nikt mi ich jednak nie przywróci. Swoją drogą szkoda, że to tak nie działa… Nikt nie odda Ci chwil, które z dobrej woli zmarnowałeś. Niby truizm, niby o tym wiemy, ale jednak.. „przecież jeszcze nie umieram”. A skąd my to właściwie wiemy? Bo wyszłyśmy z gabinetu ginekologa, który uspokoił nas, że żadnego guza nie ma? A może po prostu uspokojone, szczęśliwe, rzekłabym nawet nowo narodzone, wyjdziemy prosto z gabinetu pod koła rozpędzonej ciężarówki. Wtedy żaden guz będzie do śmierci niepotrzebny. I piszę to i zdaję sobie sprawę, że jestem stuprocentową hipokrytką, bo dokładnie robię to samo. „Jeszcze nie umieram, więc mogę marnować czas.”

Ostatnio byłam w mieście. Nieczęsto tam bywam, a jeśli już się zdarzy to z obowiązku, a nie kobiecej ochoty. Byłam w humorze jeszcze gorszym niż dzisiaj. Pierwsza zirytowała mnie pogoda. Padał deszcz. (Swoją drogą czegoś nie rozumiem. Deszczyk powinien być nieboszczykiem, i odwrotnie. Przecież krople „szczykają” z nieba, a trup leży w „deszczółce”). Przystanek sam do mnie nie przyszedł, autobus przygarnął mnie piętnaście minut później niż powinien. I jeszcze bank… Czy tylko ja mam wrażenie, że jest tam jak w kościele? Kolejka do magicznego okienka przypomina kolejkę do konfesjonału. Zamiast stukania słyszmy wyuczone: „Następny proszę”. Wywołany następny podchodzi i szepcze, tak żeby pozostali nic nie usłyszeli. Zamiast księdza mamy czterdziestoletnią kobietę, najczęściej niewyspaną, bywa, że z wąsem.. Ewentualnie młodą praktykantkę, która zanim cokolwiek zrobi samodzielnie dzwoni do szefowej. I przeprasza, i prosi, i wygłasza obietnice.. „przepraszam, jestem tu nowa, zaraz wszystko naprawę, proszę poczekać jeszcze chwilę”. A chwila to pojęcie względne, bo według pani w okienku trwa godzinę. Okienek oczywiście mnóstwo, ale takie do którego możesz podejść jedno… Zamiast nakazu pokuty słyszymy informację, że przelew wykonano albo takowego nie było. O, albo że był lecz ktoś wypłacił już pieniądze. Ewentualnie są, ale nie tyle ile się spodziewałeś. Czasem się wydarzy, że wychodzisz z banku zadowolony, nie mówię, że nie… Ja kiedyś wyszłam. Tamtego dnia akurat miałam pecha.

I idę zadowolona, że jedyne co muszę to wyjąć książkę i dotrwać do przyjazdu autobusu, a tu nagle sms: „kup wszystko”. Wszystko to znaczy: jajka, cukier, papierosy, chleb i coś czego na pewno zapomnę. Poszłam do pierwszego sklepu z pewnością, że będzie jedyny, który odwiedzę. Niestety, znudzona życiem ekspedientka obarczyła mnie winą za brak jajek, cukru i odpowiednich papierosów. Wyjęła spod lady chleb i ze złością wydarła mi z ręki 2,70. W kolejnym miejscu dostałam jajka, a w trzecim papierosy. Czwarty sklep był wyposażony w jajka, ale niestety bez wytłaczanek. Zrozumiałam wówczas prawdziwy sens słów: „obchodzisz się z nim jak z jajkiem”. Uważałam, szłam wolniej niż zwykle. Gdy przysiadłam zdałam sobie sprawię, że mam jaja między nogami. Nawet mnie ten żart rozbawił… I jak się uśmiechnęłam, to uświadomiłam sobie, że „coś czego na pewno zapomnę” to tym razem podpaski, których mama potrzebowała na gwałt, a raczej które w jakiś sposób przed gwałtem ją ochronią. No i wracam z tymi jajami i całą resztą… Przed najbliższym sklepem zobaczyłam starszą kobietę. Nie miała okularów. Miała za to telefon i paragon, który pewnie był kartą z telekodem. Bez zastanowienia podeszłam i zaproponowałam pomoc. Zapomniałam o jajkach i o kolejce w banku. Nagle jedyną myślą, była myśl żeby pomóc obcej kobiecie. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach, które prawdopodobnie były oznaką bezradności i z uśmiechem wręczyła mi telefon i kartę. Tak jak już mówiłam, zapomniałam o wszystkim – o jajach też. Położyłam więc siatkę, tak jakby ich w niej nie było. Wbiłam kod do telefonu, a potem podniosłam surową jajecznicę z chodnika. Tym razem to ja chciałam się rozpłakać, poziom bezradności był ten sam, co u kobiety zanim się pojawiłam. Ku mojemu zdziwieniu zaproponowała, że też mi pomoże. Kilkanaście sekund później wyszłyśmy ze sklepu. Ja z jajkami - tym razem były zabezpieczone w wytłaczance, a kobieta z telefonem przy uchu – wreszcie mogła zadzwonić.

Ta sytuacja sprawiła, że pogoda przestała przeszkadzać, w ogóle już nic mi tego dnia nie przeszkadzało.
22.03.2015 o godz. 21:51
Były diabły, były świnie.. Nawet wiersze już były. Teraz pokażę Wam coś innego, ciekawe która odsłona najbardziej Wam się spodoba. Znalazłam ten fragment gdzieś w śmieciach, jak łatwo się domyśleć, tego też nie skończyłam. :) Powodzenia. Pisałam nie wprowadzając poprawek, macie surową wersję. ;)

Było za późno, by znów spróbować zasnąć, ale też za wcześnie, by wyjść z łóżka. Słońce nieśmiało walczyło z chmurami, tak długo, aż wreszcie promienie zaczęły razić mnie w oczy. Gdy spojrzałem w lewo, zobaczyłem burzę rozczochranych loków. Reszta część mojej żony zniknęła pod kołdrą. W nocy zadbaliśmy o to, by nasze ubrania stworzyły fundamenty muru obronnego wokół naszego łóżka. Tylko stanik Mary zwisał na jednym z krzeseł, usadowił się tam, gdy uznałem, że nagle zaczął mi cholernie przeszkadzać na piersiach żony. Wspomnienia nagiej kobiety, która w dodatku była moją kobietą, wywołały zawadiacki uśmiech.
- O czym myślisz, kochanie?
Głos Mary nieco mnie wystraszył, byłem pewien, że jeszcze śpi.
- Chyba nie musisz mi mówić, wszystko rozumiem. – odparła widząc mój rozmarzony wzrok. Stworzyła ze swojej pościeli nowoczesne kimono i zaczęła zbierać swoje ubrania. Gdy była tuż przy wyjściu, pozwoliła żeby zobaczył część jej twarzy. Mary mrugnęła do mnie, a później powędrowała bezpośrednio do łazienki. Kiedy jedliśmy razem śniadanie, zauważyłem że humor żony zniknął zaraz po tym, jak upiła ostatni łyk kawy. Wiedziałem, o co chodzi. Bała się. Podświadomie czuła, że wczorajsze eskapady nic nie dały. Nic, prócz przyjemności mam nadzieję. Chciałem ją jakoś rozchmurzyć, ale nie miałem pomysłu na żaden dobry dowcip. Spróbowałem więc odwrócić jej uwagę. Później okazało się, że to jeden z moich najgorszych pomysłów ostatniej dekady. Przejrzałem poranną gazetę, poszukiwałem jakiegoś dobrego artykułu. Dobrego, czyli takiego, który jest na tyle ciekawy, by zafrapować Mary, ale nie na tyle, by zainspirował ja do kolejnego, genialnego planu na przyszłość. Wreszcie znalazłem coś odpowiedniego. Recenzję książki, ostatnio przeczytaj przez Mary. Może nieobiektywna ocena recenzenta wzburzy żonę i pozwoli zapomnieć o niespełnionym marzeniu. Krytyk oceniał dzieło Hatkinson’a wyjątkowo dobrze, tak jakby za słowa uznania zapłacił mu słono sam Hatkinson. Uważam, że książka owszem, była niezła, ale czytałem lepsze, a recenzja jednoznacznie mówi, iż zaznajomienie się z lepszą książką niż ta, jest wręcz abstrakcyjne.
- Patrz, kochanie.. Na pewno Cię to zaciekawi. Jak dla mnie, to nieobiektywne, sama oceń. Podrzuciłem jej gazetę tuż obok pustego talerza, na którym wcześniej stygła grzanka.
Mary spojrzała beznamiętnie na artykuł, gwałciła krótko wzrokiem tekst, a potem spojrzała na mnie morderczym spojrzeniem. - Specjalnie to robisz? Takiej reakcji się nie spodziewałem. Ze zdziwienia prawie zakrztusiłem się kawą, zmarszczyłem czoło pytająco. Mary powróciła wzrokiem do artykułu i przeczytała na głos: - „Dzień dziecka w Hellmoon- przyjdź ze swoją pociechą” .. Rzuciła gazetą, rozpłakała się i pobiegła do łazienki. Ponownie spojrzałem na recenzję, w której przecież nie było mowy o żadnym dniu dziecka. Okazało się, że owszem, tekst jest oczywiście o książce… Nadal był nieobiektywny, nie zmienił się w ciągu kilkunastu sekund, ale pod nim zobaczyłem reklamę festynu. To ja powinienem zobaczyć go pierwszy, nie Mary.. Gdyby tak się stało, Mary nie widziałaby go wcale, nie płakałaby teraz. Chciałem odwrócić jej uwagę, a tymczasem sprawiłem, że zadałem większy ból. Co gorsza, ona myśli, iż zrobiłem to celowo. Podobno w głębi duszy obwiniam Mary za naszą bezdzietność. W jej mniemaniu, oczywiście. Nie wie, że ja cierpię tak samo. Może nawet bardziej, widząc, jak instynkt macierzyński żony niszczy ją od środka.
Szarpałem klamkę, ale równie dobrze mógłbym zostać przy stole, efekt pozostałby ten sam. Drzwi pozostawały nieugięte. - Zostaw mnie, Andy. Chcę być sama.- usłyszałem rozpaczliwy glos Mary, Słowa brzmiały jak niewypowiedziany zarzut, Pt: „myślisz, że to moja wina, prawda? Powiedz to wprost, a nie podrzucasz gazety”
- Zaraz musimy iść do pensjonatu, już po ósmej.
Chwilowo odpowiadała mi głucha cisza, która z czasem zamieniła się w dźwięk wydawany podczas mycia zębów. „Szykuje się, najgorsze minęło.” Minęło, ale powróci, wiedziałem o tym.

20.03.2015 o godz. 08:37
Nie, nie będę obiecywała powrotu, bo pewnie nie dotrzymałabym słowa. Może ponownie coś napiszę jutro, a może znów za pół roku. Póki co walczę z bezrobociem, a może raczej na bezrobociu. Jestem jednak pacyfistką - wszystkie bronie zabronione... Nie byłabym sobą, gdybym nie podzieliła się z Wami moją twórczością, jej skrawkiem... Całości nie wrzucę, bo raz jest tego za dużo, a dwa chciałabym to wydać o ile mój zapał nie okaże się słomiany. Niech Was nie zdziwi "locha", czy inne "kopyto". Spersonifikowałam świnie. Powiecie, toż to zrzynanie z Orwella! Powiedziałabym, że to raczej ten sam rodzaj literackiego jedzenia, tak samo wyglądający ziemniak, ale smakujący nieco inaczej poprzez dodatki. Prawdę mówiąc wpadłam na pomysł taki, a nie inny jeszcze przed zapoznaniem się z "Folwarkiem zwierzęcym", tak więc życzę miłej lektury i nie ukrywam, że ciekawość mnie zżera, co myślicie...
***

Promienie słońca przekłuwały ciało Hope. Nawet nie podejrzewały, że ich działanie mogło kogoś krzywdzić. Wersja mniej optymistyczna, przez pesymistów uznana za realną, mówiła, iż słońce to jeden z biczów wysłanych przez Boga. Taki ciepły, przez chwilę przyjazny.. Z czasem ta jego uprzejmość jest tak ogromna, że wydaje się być nienaturalna, przez co często szkodliwa. Innymi słowy, wróg niemal zawsze zachowuje się jak słońce.
Hope wędrowała, ale nie skorzystała z okazji, której nie przepuściłby fanatyk podróży. Widziała tylko wiodący szlak. Gdyby chciała dostrzec coś jeszcze, zobaczyłaby piękno malowniczych gór. Przesadna dokładność utwierdziłaby ją w przekonaniu, że ich kształt zmienia się z każdym krokiem. Zauważyłaby też, że szczyt paradoksalnie się oddalał.
Wydawać by się mogło, że ignorowała pejzaże, nie z własnej woli, tylko z woli tego, który ją tu przysłał. Przed wędrówką powiedział jej: „Nie trać ani chwili, nie oglądaj się, idź aż uznasz, że powinnaś stanąć.” Nie czuła się zmęczona, głodna, ani spragniona. Wiedziała, że w razie konieczności mogłaby zaspokoić każdą z tych potrzeb. Była zdumiona swoim przekonaniem, zwłaszcza iż nie miała przy sobie choćby najmniejszego bagażu. Nie znała celu podróży, ale nawet nie chciała go poznać. Coś pozwalało jej wierzyć, że niedługo pozostanie w niewiedzy. Szla, bo czuła, że nie mogłaby robić teraz niczego innego… Nie mogłaby robić teraz niczego innego… W rzeczywistości ktoś mógł ją do tego zmusić. Prawdopodobnie był to ten sam, który trzymał dla niej jedzenie i nakazał ignorować piękne widoki. Nagle, Hope spojrzała przed siebie. Zrobiła to, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, ile ją ominęło. Nie odważyła się jednak na obrót. Szczyt przestał się oddalać. Hope nie mogła dostrzec zmiany, cały czas była pewna, że się do niego zbliżała. Wierzchołek uchodził za mieszkanie metalowego kartonu i knura, który go pilnował. Podświadomość knurzycy powiedziała jej, że to właśnie jest cel. Wędrówka nie odbierała Hope werwy wcześniej, nie robiła też tego teraz. Przeciwnie, locha stała się jeszcze bardziej zdeterminowana. Zaczęła biec, potykając się o skały. Nie upadła, ale nawet gdyby to zrobiła, prawdopodobnie zlekceważyłaby ten fakt.
-Chodź do nas… Czekamy! – ten głos był jej bardzo znajomy. Póki co nie domyśliła się, że to jeden z pierwszych głosów, jakie usłyszała zaraz po urodzeniu.
- Szybciej, czekamy! – teraz już wiedziała. Wołał ją ojciec. Hope zwolniła, ale tylko po to, by chwilę później przyśpieszyć ze zdwojoną mocą.
Wkrótce przekonała się, że karton to w rzeczywistości klatka. W dodatku przepełniona ludźmi. Knur opierał się o nią, jak o płot, z uśmiechem, który prezentował zazwyczaj przed sąsiadami. Więźniowie próbowali uwolnić się niemym krzykiem. Tworzyli kulę, toczącą się po niewielkiej powierzchni. Obijając się przy tym o kraty. Hope po raz pierwszy nie sugerowała się obcym instynktem, pozwoliła sobie na łzy.
- Nie przyszłaś tutaj po to żeby płakać. – Jokeins zdobył się na rzekome pocieszenie i wyjął z rozdartych ogrodniczek klucz. Zaczął machać nim tuż przed nosem Hope. Ta wodziła za nim wzrokiem, ale każda próba schwytania klucza, spełzała na niczym. Knur znacząco pokiwał łbem.
- To by było za proste… Musisz sięgnąć po to. – spojrzeniem wskazał nóż, który schował tuż przed klatką. Hope wcześniej nie zauważyła niczego podobnego. Ludzie próbowali się od siebie oderwać, skutek pozostawał marny. Jokeins ośmielony nieśmiałością córki sam zabrał nóż. Zanim go oddał, zasymulował samobójstwo, przecinając powietrze w okolicy szyi. Młoda locha szybko się cofnęła. Nie zwracając uwagi na kamień, upadła.
- Musisz mnie zabić. Nie uwolnisz ich, gdy żyję. – Phil zbliżał się do Hope. Kątem oka spojrzała na ludzi. W pewnym momencie usłyszała ich litościwe błagania.
- Zabij go! Zabij go, bo on nas zabije!
- Nie, nie zrobię tego! – locha przybrała pozę aktorki, która wciela się w postać bliską obłędu. Przykleiła kopyta do uszów, pewna, że to uchroni ją od wrzasku. Żeby polepszyć efekt zamknęła oczy.
- Zabijgozabijmniezabijgozabijgo

- Nie, nie zrobię tego. Nie mogę!
Pokój ogarniał półmrok. Słyszała tylko dźwięk telewizora dobiegającego zza ściany i głos tykającego zegara. Jego współpraca z blaskiem księżyca pozwoliła poznać godzinę. Czwarta nad ranem. Za wcześnie żeby wstać, za późno żeby zasnąć na dobre. Hope zdecydowała obserwować sufit, przekonana, że nie uda jej się zmrużyć oczu. Myliła się, ale nie zapamiętała kolejnego snu.



06.03.2015 o godz. 08:58
Przez miesiąc byłam odizolowana od komputera. To znaczy to komputer postanowił się zbuntować. Załatwił systemowi dyscyplinarne zwolnienie, jednocześnie zabijając twardy dysk.
Ale już wróciłam, mam nadzieję, że będę systematyczna, jeśli chodzi o dodawania wpisów/rozdziałów(których nie będę musiała z różnych przyczyn usuwać). Dość gadaniny, przenoszę Was w troszkę inny świat, poniższym fragmentem. :)

Chaszcze zostały przygniecione przez dwunastokilogramowe ciało pięciolatka. Chłopiec z energią flegmatyka przetarł ręką twarz. Dłoń malca szybko przybrała nienaturalny kolor. O leśne światło dbał tylko niekontrolowany przez nikogo księżyc.
- Krew… - wyszeptał w myślach chłopiec bardziej zaskoczony niż przerażony. Spróbował wskazującego palca, prawie z taką zawziętością jak wygłodniały kanibal. Minę miał zbliżoną do opłaconych kobiet z reklam, które są autentycznie zaskoczone smakiem przypadkowo podrzuconego sera.
- Krew? – teraz zapytał pustki, tonem nauczycielki sprawdzającej obecność. Nienaturalne znamię nie odpowiadało. Z czasem ożyło, ale tylko po to żeby spłynąć strumieniem w pościel stworzoną z liści. Całkowite pozbycie się barwnej mazi okazało się niemożliwe. Wszelkie próby tylko pogorszyły efekt, tworząc na przedramieniu chłopca różowawą kałużę. W pewnym momencie, nie wiadomo, czy pod wpływem impulsu, czy podświadomości, chłopiec sięgnął do kiszeni, równie przyfarbowanej jak ręka i twarz. Spodziewał się tam szmacianej chusteczki, tak starannie upranej przez mamę. Niestety po raz kolejny tego wieczoru maluch się zawiódł. Zamiast chusteczki, zgniatał garstkę krwi równie smaczną jak maliny. Pięciolatek uradowany faktem, że krew dorównuje smakiem owocom leśnym, pożerał ją nie zważając na wcześniejsze obawy.
Kiedy zjadanie malin przestało być atrakcją, chłopiec zdał sobie sprawę, że jest sam. Samotność może nie byłaby tak straszna, gdyby towarzyszyła jej inna sceneria. Nagle malca przejął spazmatyczny szloch .Pocierał piąstkami oczy, charakteryzując się tym samym na karykaturalną pandę.
- Maaa.- wrzeszczał, krztusząc się od płaczu. Prawdopodobnie próbował w ten sposób przywołać matkę. Niestety odpowiadało mu tylko echo, bardzo zbliżone do jego głosu. Osesek ponownie przywołał mamę, tym razem głośniej, a przez to paradoksalnie mniej wyraźnie.
- Nie płacz.
Kojący baryton unieruchomił pięciolatka, jednocześnie go uciszając. Ten postanowił wysłać płuca na krótki urlop, natomiast uszy i oczy zmusił do podwójnego wysiłku. Dookoła mieszkała tylko niezliczona ilość drapaków. Krzaki przypominały raczej zawstydzoną sąsiadkę, która zagląda po szklankę cukru i od razu znika za drzwiami. Księżyc nie pozwalał tej nocy na pogwałcenie jego błyszczącego ciała przez liście drzew.
- Tak lepiej, nie płacz mały.
Zagorzały fan Boga mógłby pomyśleć, że to pewien rodzaj objawienia, chłopiec natomiast obracał się pośród zarośli z coraz większą niecierpliwością.
- Ko mie ówi? – zapytał z niedostrzeganą dotąd przez nikogo wadą wymowy i przyjął do siebie cała zawartość nosa. Odpowiedziała mu cisza, która zamiast uspokoić, zaintrygowała go jeszcze bardziej. Nie czekając dłużej na odzew, maluch podniósł się czym prędzej, otarł z pozostawionej na ciele listnej pościeli i pomaszerował w kierunku najbliższego pnia. Obłapiał go rękoma, jakby próbował w ten sposób poznać dokładny kształt.
- Nie tutaj.
Wymamrotał zawiedziony Głos z miejsca, w którym chłopiec jeszcze kilka chwil temu zajadał maliny. Osamotnione dziecko puściło korę z nietypowym dla niego impetem. Spojrzało na swoją wielogodzinną kryjówkę i z wrażenia spróbowało usunąć potężny pień. Przed nim stał bohater jego najmroczniejszej wyobraźni. Najbardziej widoczne były oczy. Nie ze względu na wielkość, bo ta była przeciętna, ale ze względu na ich oślepiającą jasność. Laserowa zieleń nacierała twarz malca nieobecnym wzrokiem. Kartoflana głowa olbrzyma nie wyróżniała się niczym szczególnym, poza dwoma kolcami przyszytymi do łba, które przekłuwały księżyc. Zamiast rąk, potwór wyhodował coś na wzór dobrze naostrzonych wideł, na końcach przyozdobionych grzybicą. (o ile jakiekolwiek monstrum mogło miewać tego typu schorzenia).
- Jesteś prawdziwy? – zapytał malec. Jeżeli był wówczas przerażony to świetnie grał opanowanie.
Olbrzym uśmiechnął się lekko, ukazując w ten sposób kilka brudnych zębów. Założył ręce, podobnie jak dumny ojciec obserwujący dorastającego syna i kiwnął głową.
- Nie wierzę ci. – odparł malec, jakby ktoś mu wmawiał, że święty Mikołaj nie istnieje. Na te słowa potwór roześmiał się serdecznie i przywołał malucha gestem. Ten podszedł posłusznie, bez zawahania. Stanął twarzą w twarz z gargulcem, ale zanim to nastąpiło, pięciolatek musiał unieść głowę prawie do nieba. Maszkaron zniżył się do poziomu chłopca, jego muskularne, krwistoczerwone kolano przyciskało leśną trawę. Dotknął swoimi szpikulcami głowy i pozornie pociągnął ją w stronę malca.
- To maska? – dziecko podskoczyło w duchu z ekscytacji. Potwór przytaknął.
Malutkie rączki ledwo dały radę objąć szyję nowego przyjaciela. Chłopiec wykorzystał całą swoją siłę żeby pozbyć się maski. Pierwsza próba okazała się bezowocna. Na domiar złego poczuł, że wysiłek przywołał nagłą chęć wypróżnienia. Mały mężczyzna zlekceważył podobne sygnały i po raz kolejny objął kark potwora. Ten, tym razem nie był tak dobroduszny jak dotycz as. Uchwycił barki pięciolatka i w myślach przeprowadzał wyjątkową elekcję. Wkrótce wybrał środkowy palec, połechtał nią szyję malucha, a potem utworzył krwistą fontannę, której źródło znajdowało się w gardle osamotnionego dziecka. Ono nawet się nie broniło. Zapewne nawet gdyby próbowało, jego szanse na zwycięstwo i tak byłyby znikome. Ten maluch nie należał do grupy tchórzy, on po prostu miał w sobie zbyt wiele dziecięcej naiwności, na wystarczający refleks zabrakło miejsca jego drobnym ciałku. Teraz obserwował swojego oprawcę bez mrugnięcia okiem, z brakiem zainteresowania. Strumień czerwonego płynu okrywał powoli zaschnięte plamy malin. Poczwara spojrzała przenikliwie na swoje okrwawione place, a potem ruchem zdeterminowanej bulimiczki wepchnęła je do gęby.
- Krew…- stwierdził podniecony umysł gargulca.
- Krew! – wrzasnął z satysfakcją szanowanego wynalazcy, a echo rozniosło się po całym lesie.
Niezidentyfikowany do tej pory morderca wstał, spojrzał na martwe ciało z wnikliwością obiektywu. Następnie wykonał gest przepracowanego ogrodnika i odszedł w kierunku księżyca, uśmiechając się do siebie. Kilka kroków dalej zatrzymał się, by jeszcze raz spojrzeć na uciszone dziecko, skosztował ponownie swojego wyjątkowego palca, rozkoszując się rękami pokolorowanymi krwią.
Malec z daleka wyglądał na drzemiącego człowieczka, który zjadł za dużo leśnych owoców.

***
Olbrzym zajął miejsce na środku leśnej dróżki. Rozłożył ręce, zmrużonymi oczyma spoglądając na przeróżne gwiazdozbiory. W pewnym momencie rogi potwora zniknęły, a zamiast nich pojawił się starodawny cylinder. Dotychczas kartoflany łeb ewoluował w drobną głowę, która nie pasowała do reszty ciała. Nowy kapelusz swoją wielkością zaproponował gargulcowi chwilową oszczędność światła. Nie minęła minuta, a ogromne, rubinowe muskuły zniknęły. Zamiast nich pojawił się ludzki, męski tors, okryty flanelową koszulą. Największa duma potwora pod postacią szpikulców, ustąpiła miejsce palcom. Dokładnie takim, jakimi za dwadzieścia lat dysponowałby zamordowany chłopczyk. Transformacja zatrzymała się dopiero przy stopach monstrum. Nie było już laserowych oczu, ogromnego karku..
Mężczyzna zdjął cylinder i odszedł w stronę zaludnionego miasta.



26.11.2014 o godz. 21:47
Smieszka95
LiteratKa
O mnie: Specyficzna, dziwna, z gorzko-słodkim poczuciem humoru, z dużą dozą altruizmu.
statystyki